Ogólnopolski Turniej Jednego Wiersza o Laur Plateranki

Marysia Czarniecka odnosi kolejne sukcesy w dziedzinie poezji!

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia odbyła się w Sosnowcu XXIV edycja Ogólnopolskiego Turnieju Jednego Wiersza o Laur Plateranki. Uczennica naszej szkoły znalazła się w doskonałym gronie 30 finalistów. Osiągnięcie Marysi jest tym większe, że na tegoroczną edycję konkursu wpłynęło ponad 300 prac.

Nie jest to jednak jedyny triumf Marysi. Również w grudniu odbył się w ZST w Augustowie II Slam Poetycki. I tu Marysia okazała się bezkonkurencyjna. Już w I rundzie zdeklasowała swoich przeciwników, a w kolejnych tylko zwiększała swoją przewagę.

Serdecznie gratulujemy Marii i życzymy jej dalszych sukcesów. Wierzymy też głęboko, że już niebawem w księgarniach i bibliotekach znajdziemy tomiki poezji jej autorstwa.

A teraz dla ciekawych próbka poezji pióra Marii Magdaleny Czarnieckiej:

 Sztuka picia herbaty 

Pochylam się nad uciekającą z kubka parą
wspomnień
Powoli wspina się - od policzków po rzęsy
A potem spływa
przez zmarznięte dłonie
po skostniałe stopy

Ten zapach rozgościł się już w moim pokoju
stęchlizna
chyba szuka miejsca
by móc zakłócać sen

Zapalę światło, kilka świeczek rozjaśni noc
zapałka
Bezczelnie wkrada się na mój opuszek palca
mały płomyczek
i parzy, i gryzie

O ściany obija się echo tej muzyki
strepitoso
A w głowie grasują niebezpieczne myśli
budzi się demon
zasypia mój śmiech

Pochylam się nad kubkiem gorącej herbaty
strach
przed zimnem, gorzkim smakiem i brakiem światła
dziękuję, nie słodzę
Ognia?
Mam zapałki

 

Arrow
Arrow
Shadow
Slider

 

II Liceum Ogólnokształcące w Augustowie im. Polonii i Polaków na Świecie laureatem Nagrody Honorowej „Świadek Historii”

7 grudnia 2017 roku o godzinie 16.00 w sali konferencyjno – wystawienniczej Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku odbyła się uroczystość wręczenia  Nagród Honorowych „Świadek Historii”. Nagrody laureatom wręczył wiceprezes Instytutu – Jan Baster w obecności zacnych gości przybyłych na galę. W uroczystości uczestniczyli m.in.: Wojewoda Podlaski Bohdan Paszkowski, liczni przedstawiciele wojska, samorządowcy, kierownicy placówek kulturalnych, stowarzyszeń, urzędów. Gospodarzem uroczystości był dyrektor Oddziału IPN w Białymstoku dr hab. Piotr Kardela. W imieniu II Liceum Ogólnokształcącego w Augustowie nagrodę odebrała dyrektor szkoły, Barbara Koronkiewicz, liczna delegacja uczniów i nauczycieli Liceum. W czasie gali uczniowie II LO w Augustowie zaprezentowali swoje talenty muzyczne i recytatorskie.

Kapituła Nagrody Honorowej „Świadek Historii” pod przewodnictwem Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej  spośród czterdziestu siedmiu zgłoszeń z województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego, które wpłynęły w tegorocznej, IX. edycji Nagrody Honorowej „Świadek Historii”, wyłoniła sześciu laureatów.

Uhonorowanie II Liceum Ogólnokształcącego medalem „Świadek Historii” to podkreślenie doniosłej roli szkoły w upamiętnianiu historii narodu polskiego, w tym historii regionalnej oraz w  kształtowaniu postaw patriotycznych młodego pokolenia.

Nagroda „Świadek Historii” powstała w białostockim Oddziale IPN. Jest przyznawana osobom fizycznym oraz instytucjom i stowarzyszeniom działającym na terenie Polski północno-wschodniej, szczególnie zasłużonym dla upamiętniania historii narodu polskiego oraz wspierającym pion edukacyjny IPN w realizacji ustawowej działalności, w obszarach edukacyjnym, naukowym i wydawniczym.

Z Biogramów Laureatów Nagrody Honorowej „Świadek Historii” – Białystok 2017:

„II Liceum Ogólnokształcące im. Polonii i Polaków na Świecie w Augustowie – szkoła od 25 lat prowadzi wyjątkowo aktywną działalność na rzecz upamiętniania historii narodu polskiego. Dzięki zaangażowaniu nauczycieli i uczniów, wartości patriotyczne stały się fundamentem kształcenia uczniów i wyróżniają jej absolwentów. Cechą szczególną szkoły jest to, że uczy młodzież historii, która harmonijnie łączy się z teraźniejszością i kształtuje postawy obywatelskie. Szczególne zaangażowanie społeczności szkoły widać w zakresie historii regionalnej: upamiętnianiu i propagowaniu wiedzy o Obławie Augustowskiej oraz o działalności miejscowych struktur podziemia niepodległościowego. Młodzież realizuje własne projekty edukacyjne, uczestniczy w konkursach regionalnych i ogólnopolskich realizowanych przez inne podmioty, od lat współtworzy projekty białostockiego Oddziału IPN.” (https://bialystok.ipn.gov.pl/pl1/aktualnosci/43784,Uroczysta-gala-IX-edycji-Nagrody-Honorowej-Swiadek-Historii-Bialystok-7-grudnia-.html)

 

 


Kolejne sukcesy naszych literatów

7 grudnia 2017 roku w Młodzieżowym Domu Kultury w Białymstoku odbyła się uroczysta gala podsumowująca XI edycję wojewódzkiego konkursu literackiego „O Srebrne Pióro MDK” im. Wiesława Szymańskiego. Wśród nagrodzonych znaleźli się także uczniowie naszej szkoły. W kategorii prozy wyróżnienie zdobyła Angelika Pomichter z klasy I c (opiekun: pan Tomasz Choroszewski) za opowiadanie „Marcepanowa wiosna”. Z kolei w kategorii poezji wyróżnienia zdobyły: Maria Czarniecka z klasy III c (opiekun: pani Dorota Prokop) za wiersz „Burza w samowarze” oraz Ewelina Wasilewska z klasy I c (opiekun: pan Tomasz Choroszewski) za utwór „*** [jak włos na głowie]”. Warto dodać, że w tej drugiej kategorii przyznano jedynie trzy równorzędne wyróżnienia oraz I miejsce. Niewątpliwym przeżyciem dla laureatek była możliwość przestawienia swoich utworów przed znakomitą publicznością, wśród której znaleźli się: Joanna Szymańska – żona patrona konkursu, Wiesława Szymańskiego, dr Krzysztof Korotkich z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, Justyna Sawczuk – redaktor TVP 3 Białystok, Dorota Sokołowska – pisarka, dziennikarka Redakcji Artystycznej „Polskiego Radia Białystok”, czy też prowadzący uroczystość Janusz Taranienko – nauczyciel – instruktor Pracowni Literatury MDK. Młode literatki miały także okazję udzielać – chyba po raz pierwszy w życiu – wywiadów, w których mówiły o inspiracjach dla swojej twórczości, jak również warsztacie pracy.

Jurorzy zgodnie przyznali, iż poziom nagrodzonych prac był w tym roku wyjątkowo równy, a wybór najlepszych stosunkowo łatwy. Wyrazili także swoją radość z faktu, że w coraz bardziej komercjalizującej się polskiej rzeczywistości stale obecna jest młodzież mająca potrzebę wypowiadania poprzez literaturę swoich myśli, emocji, prawd, diagnoz świata. Uznali, iż po odniesionym sukcesie nie pozostaje młodym twórcom nic innego, jak tylko dalej pisać.

Serdecznie gratulujemy uczniom oraz ich opiekunom!

Arrow
Arrow
Shadow
Slider

A oto nagrodzone utwory:

Maria Czarniecka, Burza w samowarze

Przejrzysta i czysta
Kropla po kropli wpada do czajniczka,
który postawiony na samowarze
(takim srebrnym, dostojnym,
niczym ten od Breżniewa)
przygotuje ją do ceremonii
picia
herbaty

Spokojna, wytworna
Stoi posłusznie, czeka aż ją wezwą
Aż ktoś jej powie, że jest już gotowa
Chociaż czuje, że coś ją cicho woła
Coś ją nęci, tam, tam głęboko
Chce podrygiwać
ale
czy damie tak wypada?

Niespokojna, ożywiona
Obija się o ściany, porzuca konwenanse
Zaczyna się rozgrzewać, ma ochotę tańczyć
Biegać, śpiewać, skakać, uciekać
Bramy wokół gorące, palące
Hadesie,
nadchodzę!
Otwieraj!

Wzburzona, burzliwa
Niestraszne jej ogromne, srebrne mury
Nie boi się sztormu i wichury
Ona sama niesie Armagedon
Wrzeszczy i ryczy
Jak straszliwie krzyczy
Jak się rzuca
płacze

chyba jej nie otworzy
Michał
Archanioł

chyba z tej wody
nie będzie dobrej
herbaty

 

Ewelina Wasilewska, *** [jak włos na głowie]

jak włos na głowie

sam pośród wielu

niby nie sam

a jednak odosobniony

jak zbłąkane myszy między łanami zboża

szukamy się nawzajem

jak ryby w wodach morza

szukamy się nawzajem

a gdy los połączy nasze drogi

jak cisza przed burzą

miłość

złe wiatry łamiące drzewa i wzburzające wszelkie wody

jak płatek od róży nas odrywają

żeby na wiosnę znowu zakwitła

jeszcze ładniejsza

 

Angelika Pomichter, Marcepanowa wiosna

W tym roku wiosna późno zawitała do Krakowa. Po kwietniowych przymrozkach drzewa w zastraszającym tempie wydawały na świat zawiązki zielonych liści, rabaty mieniły się kolorowymi kwiatami, a ptasi śpiew, choć jeszcze niepewny, dało się słyszeć w koronach najwyższych drzew.

Przy Bramie Floriańskiej, jak co roku, ustawili się sprzedawcy obrazów, precli i błyszczących koralików, wdychając świeże wiosenne powietrze przesycone zapachem mokrej ziemi, gliny i świeżo parzonej kawy w pobliskiej kawiarni.

Rozkoszując się tymi charakterystycznymi jedynie dla tego okresu zapachami, Filip położył ostrożnie na ziemi futerał ze skrzypcami. Lubił ten czas w mieście, kiedy uliczki nie były jeszcze wypełnione cisnącymi się wszędzie turystami o kwaśnych minach, nieustanną kakofonią dźwięków wydawanych przez znudzone dzieci, aparaty fotograficzne, szuranie zmęczonych stóp o bruk, kiedy właściciele sklepików i kawiarni byli radośni, pełni energii, obdarzający każdego odwiedzającego ich klienta serdecznym uśmiechem, a nie zestresowani, ścigani presją czasu i półprzytomni ze zmęczenia. Stare Miasto wydawało mu się wtedy naprawdę stare, pełne tajemnic, a nie sztucznie odrestaurowane, nastawione jedynie na zysk z turystyki i sprzedające się dzień po dniu, kawałek po kawałku.

Filip wiedział, że magia miasta nie jest ukryta w przepięknych kamieniczkach, muzeach, galeriach, sławnych teatrach, prestiżowych restauracjach, lecz w atmosferze otaczającej Kraków, jego legendach, mieszkańcach, demonach... a to nie każdy potrafił dostrzec... .

*

Weronika wychodziła właśnie z zajęć Filologii Germańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zamykając za sobą ciężkie drzwi budynku, odetchnęła głęboko. Od samego rana wiedziała, że to nie będzie jej dzień na uczelni. Przez głowę przemknęła nawet myśl, aby dziś zrobić sobie wolne od zajęć, lecz była na to zbyt rozsądna, wiedziała, że jej ojciec wściekłby się, gdyby do jego uszu dotarła informacja, że Weronika opuszcza studia, na które tak starał się, żeby się dostała.

Ojciec Weroniki był właścicielem cenionej niemieckiej firmy ubezpieczeniowej i chciał, by jego jedyne dziecko przejęło po nim pałeczkę w firmie, dlatego kładł taki nacisk na wykształcenie córki, nie licząc się z jej zdaniem. Twierdził bowiem, że póki Weronika sama się nie ustatkuje, a on będzie łożył na nią pieniądze, będzie tańczyła, tak jak jej zagra. Wiedziała, że może pokazać ojcu, że potrafi się usamodzielnić, lecz po co? Zdawała sobie sprawę z tego, że rodzic chce dla niej jak najlepiej, odpowiadała jej etykietka dobrej córeczki. Choć bywały takie dni, jak dziś, że chciała to wszystko rzucić, podjąć jakąś mało wymagającą pracę i żyć, powoli wiążąc koniec z końcem.

   Aby poprawić sobie humor, postanowiła przejść się wzdłuż Plantów, pooglądać wystawy w maleńkich sklepikach, zajść do antykwariatu na ulicy Pijarskiej, kupić dobrą książkę i oddać się słodkiej beztrosce popołudnia.

*

Filip ostrożnie wyjął skrzypce z futerału. Był to stary model Hofnera h8-v, na który zbierał całe poprzednie wakacje, pomagając w gospodarstwie starego wuja.

Od ciężkiej pracy na jego dłoniach pojawiła się masa odcisków i zgrubień, w wyniku czego utrzymanie smyczka w odpowiedniej pozycji sprawiało mu większą trudność, mimo tego nieustannie doskonalił swój talent, pobierając lekcje u emerytowanych nauczycieli szkoły muzycznej – przyjaciół ojca, również muzyka, grywającego w czasach swojej młodości na prestiżowych koncertach, dającego popis na wielu konkursach. To właśnie on zaraził małego Filipa pasją do muzyki, choć właściwie synek nie miał wyjścia, w jego rodzinnym domu od zawsze słychać było dźwięki skrzypiec, pianina, na którym grywała matka, babcinego poprzecznego fletu, czy gitary dziadka. Od lat bywali tam również najróżniejsi muzycy – przyjaciele rodziny, którzy godzinami potrafili siedzieć w salonie przy przygaszonej lampie, wokół drewnianego stołu przykrytego lnianym obrusem, na którym stała zazwyczaj karafka dobrego wina, kryształowe kieliszki, a w powietrzu unosił się dym z cygar i leciała melodia starej operetki. Filip doskonale pamiętał te wieczory, sam brał w nich udział, siedząc na kolanach matki i obserwując rozgadanych dorosłych, upajając się tym, że traktują go jak równego sobie, nikt bowiem nie miał pretensji, że mały bierze udział w spotkaniach.

To były dobre wspomnienia, kojarzyły mu się z dziecięcą beztroską, spokojem, wewnętrzną równowagą, tym, że wszystko jest na swoim miejscu, tak jak powinno być.

Teraz, stojąc pod Bramą Floriańską, obok ściany z rozwieszonymi dziesiątkami obrazów, przy stoisku z ciepłymi krakowskimi preclami i uśmiechniętą, pomarszczoną sprzedawczynią, również poczuł, że wszystko jest tak jak powinno być. Ułożył na ramieniu skrzypce, poprawił chwyt smyczka, rozluźnił nadgarstek i kilka razy przeciągnął smyczkiem po strunach. Rozedrgane wydały z siebie drżący dźwięk. Teraz wszystko było w idealnym porządku. Ponownie skorygował chwyt smyczka i spojrzał na stojak z nutami. W powietrze uniosła się melodia Koncertu a-moll Accolay’a.

*

Idąc wzdłuż brukowanych alejek, pod cieniem drzew, Weronika mijała roześmiane matki z dziećmi, rozgadanych nastolatków, dziadków z wnuczętami zbierającymi koniczynę i poszukującymi tej czterolistnej. Słońce przebijało się przez konary drzew rozciągnięte nad głową Weroniki, a lekki wiatr rozwiewał jej rudawe włosy i unosił delikatnie rąbek długiej spódnicy, gdy zbliżała się do ulicy Pijarskiej. Musiała tylko przejść obok Bramy Floriańskiej, skręcić w prawo i za rogiem znajdzie swój ulubiony antykwariat. Chciała znaleźć książkę o historii Krakowa i podesłać w prezencie przyjaciółce mieszkającej w Dublinie, która uwielbiała stare, pachnące kurzem przedmioty.

Wiatr niósł ze sobą woń trawy, mokrych liści i melodię Koncertu a-moll Accolay’a. Znała ten utwór, kiedy była mała rodzice często zabierali ją na koncerty muzyki klasycznej i eleganckie spotkania, gdzie w smak było zabawiać gości dystyngowaną muzyką. Nie lubiła tych rodzinnych wyjść, ciasnych sukienek, niewygodnych rajstop, cisnących butów i fryzur, które upinała jej matka, aby prezentowała się jak najlepiej. Jakże dobrze czuła się z rozpuszczonymi włosami spływającymi falami na plecy, w przykrótkich spodniach ze sztruksu i luźnych swetrach. Do tego najlepiej na boso. Zdecydowanie była typem kanapowca, który do szczęścia potrzebuje właściwie tylko wygodnego ciucha i chwili ciszy. Lubiła marnować czas na bujanie w obłokach, wymyślanie niestworzonych historii, podważanie teorii naukowych oraz rozwiązywanie zadań matematycznych. Przepadała za matematyką, w klasie zawsze była prymuską z tego przedmiotu.  Wśród liczb czuła się najbezpieczniej, były stałe, logiczne i aż tragicznie niezmienne.

*

Nie dane było Filipowi skończyć Koncertu a-moll Accolay’a. Kiedy skrzypce były w pełni rozgrzane, wydobywające z siebie najpiękniejsze dźwięki, perspektywę zaburzyła mu chmara rudoblond włosów, zmuszając go do tego, by  oderwał wzrok od nut. Dziewczyna będąca tego przyczyną była zadziwiająco naturalna, smukła, w swojej długiej spódnicy wglądała strzeliście jak wieża. Twarz o dziecięcej niewinnej urodzie nieskażona była żadną niedoskonałością, piwne oczy zamglone były chmurą myśli, lecz gdy ich spojrzenia się spotkały jej wzrok stał się klarowny. Włosów miała naprawdę dużo, sięgały do pasa, spływając miękką, puszystą kaskadą na plecy, ramiona i piersi. Poruszała się z tylko sobie charakterystyczną gracją, pewnością siebie, tak jakby wiedziała, że powinna tędy przechodzić, że powinna znajdować się dokładnie w tym miejscu, o tej porze.

Nic nie powiedziała, po ułamku sekundy odwróciła wzrok niezainteresowana postacią skrzypka spod ściany i oddalając się na coraz bardziej rozpaczliwą odległość zniknęła za rogiem.

Filip mógłby za nią pójść, pobiec, chwycić za rękę, zawrócić, lecz po co? Była jedną z setek postaci, które codziennie tędy przechodziły, nie była wyjątkowa, spotykał inne, równie piękne co ona i równie niezainteresowane. Nie wierzył w przeznaczenie, według niego wszystko było wynikiem działań podejmowanych w przeszłości, tego, co zaważyło na teraźniejszości, ulotnej teraźniejszości, która zaważy o przyszłości.

Skonsternowany odłożył skrzypce do futerału, złożył stojak na nuty, spojrzał ostatni raz na zakręt, za którym zniknęła dziewczyna i odszedł w kierunku swojego mieszkania.

*

   Czemu przeszła obok, zimna i dumna, udając, że nie wywarł na niej wrażenia? Czemu tak wysoko podniosła głowę i tak przyspieszyła kroku? Czyżby się czegoś bała? Tylko czego? Miłości? Chwili uniesienia? Bólu straty? Nie. Bała się czegoś nowego, czego nigdy nie dane jej było doznać – odrzucenia. Bała się, że nie zostanie zaakceptowana, nie będzie godna uwagi. Dlatego to ona go odrzuciła, tylko po to, by nie poczuć się gorszą. Po co jej to było? I tak będzie musiała wrócić tą samą drogą, po co dalej grać zimną, niedostępną? Chłopak zrobił na niej wrażenie, nie tyle wyglądem, co zawziętością, z jaką oddawał się muzyce, swojej pasji. Widać było, że grał nie od dziś, wkładał całe swoje serce, całą swoją wiedzę w wykonanie jednego  utworu, to chwyciło ją za serce, nigdy nie spotkała się z kimś tak zatraconym w danej czynności, przez całe życie otaczali ją ludzie zdystansowani, znudzeni swoim dobrobytem, leniwi i dumni. Męczyło ją to, potrzebowała kogoś, z kim mogłaby rozmawiać godzinami o niczym, nie tracąc wątku, z kim mogłaby malować ściany na tysiące kolorów i wybrać ten najładniejszy, z kim mogłaby szukać wejść na dachy kamienic i chodzić  po nich w blasku księżyca, z kim mogłaby biec przez miasto w ulewny deszcz prosto do domu, zostawiając za sobą mokre ślady. Nigdy nikogo takiego nie miała.

*

To była jedna z tych bezsennych nocy, które zdarzały się Filipowi co kilka tygodni. Mógł godzinami leżeć w jednej pozycji, liczyć tysiące owiec, pić hektolitry ciepłego mleka, sen i tak nie nadchodził.

          Przewrócił się na drugi bok i zniechęcony wstał z łóżka, bezsenność bywała męcząca. Nałożył na wierzch gruby wełniany sweter, otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na zewnątrz. Rześkie powietrze owiało mu bose stopy, jeśli miał w sobie jakiekolwiek zawiązki snu, bezpowrotnie zniknęły. Usiadł w wiklinowym fotelu i popatrzył przed siebie. Jeśli miał być obecnie z czegokolwiek zadowolony, to właśnie ze swojego mieszkania na samej górze odnowionej kamienicy przy ulicy Szewskiej. Za wynajem płacił grosze, gdyż mieszkanie należało do córki przyjaciela rodziny, z którą kiedyś byli przyjaciółmi, lecz teraz dziewczyna podjęła karierę zawodową we Florencji. Tak jak się można spodziewać, była kompozytorką. Ściślej rzecz biorąc grywała na fortepianie, harfie, skrzypcach i trąbce.

          Mieszkanie nie było największe, lecz ładnie odnowione. Filip urządził się skromnie, na tyle, na ile mógł sobie pozwolić. Jedyną rzeczą, która kojarzyła się przyjaciołom chłopaka z jego lokum, był wszechobecny nieporządek. Nie chodzi jednak o to, że był bałaganiarzem, rzecz w tym, iż posiadał zbyt dużo przedmiotów na zbyt małym metrażu, a nie chciał się jednak niczego pozbywać – był zbyt sentymentalny.

          Tej nocy w mieście panował spokój, jednie co godzinę słychać było bicie zegara w jakimś mieszkaniu, szum poruszanych kwiatów w donicach i raźny krok bezdomnego kota. Gdyby Filip spojrzał w lewo, miałby doskonały widok na Rynek Główny, zaś w prawo na pogrążone we śnie Planty. Wolał jednak patrzeć prosto przed siebie na kamienice, na ich dachy, w ciemne okna mieszkań. Patrzył więc tam, gdzie lubił najbardziej. Dzisiejszej nocy obserwował zdesperowanego człowieka, który w swojej determinacji wszedł aż na dach jednej z kamienic i chodził po nim niespokojnym krokiem. Ciekawiło go, cóż ten szaleniec chce zrobić, gdy wtem ten przystanął. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie przystanął akurat naprzeciwko Filipa i – bacznie go obserwując – zbliżył się do krawędzi dachu.  Chłopak poderwał się z fotela i podszedł do barierki balkonu.

          Mógł spodziewać się, że szaleniec zacznie opętańczo wyć, rzuci się do ucieczki albo rzuci z dachu, ale nie tego, że będzie to dziewczyna spod Bramy.

*

Moja obecność musiała go równie mocno zszokować, jak jego mnie. Stał wmurowany, oparty o balustradę, z szeroko otwartymi źrenicami. I już wiedziałam, że mnie pamięta, wiedziałam, że o mnie myślał, nie zastanawiając się długo pobiegłam do zejścia z dachu i rzuciłam się schodami prosto do wyjścia.

*

Zniknęła. Tak po prostu. Uciekła z dachu. Pewnie pomyślała, że jestem psychopatą i obserwuję ją z uporem maniaka – to były pierwsze myśli, które nasunęły się Filipowi po tym, gdy dziewczyna niespodziewanie odwróciła się i pobiegła w ciemną noc po dachu. Kłamstwem byłoby stwierdzić, że nie poczuł zawodu, choć w jego sercu nadal tliła się iskierka szczęścia po tym, jak go rozpoznała.

          Spojrzał po raz ostatni na dach kamienicy i wtedy z prędkością światła na bruk wybiegła właśnie ona. Pomachała do niego, nakazując mu wyjść na ulicę. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby się zawahać, jak oparzony pognał w kierunku drzwi i wypadł na klatkę schodową.

*

Każde z nich wyglądało mistycznie i pięknie w świetle latarni, padli sobie w ramiona, trwali tak przez parę chwil, wdychając swój zapach – marcepanu i płynu do pielęgnacji skrzypiec o mocnym korzennym aromacie, po czym dziewczyna odgarnęła mu włosy i szepnęła do ucha: Weronika. I wtedy zaczęło padać. Bez zastanowienia chwyciła go za rękę i razem, roześmiani pobiegli w górę uliczki, pozostawiając za sobą mokre ślady stóp.

 

 


„Za-Tem-Oceanem”

W piątek (24.11.2017 r.) młodzież klas trzecich uczestniczyła w monodramie Pana Mirosława Wasiewicza (teatr „Na Kopcu”) „Za-Tem-Oceanem” (opartym na utworze Witolda Gombrowicza „Trans-Atlantyk”). Artysta w brawurowy sposób ukazał losy polskiego pisarza na emigracji w Argentynie. Jednocześnie, znakomicie wykorzystując teatr przedmiotu, przedstawił zmagania Gombrowicza z polskością oraz problem naszych stereotypów i kompleksów narodowych, które – jak się okazuje – są ciągle aktualne. Po spektaklu młodzież obejrzała prezentację poświęconą życiu i twórczości pisarza, jak również miała okazję porozmawiać o treści monodramu.

 

Arrow
Arrow
Shadow
Slider